U progu niespodziewanie ziszczonej państwowości polskiej należy się nam przeprowadzenie ogólnych a jednolitych prawideł językowych, obowiązujących odtąd każdego z nas w piśmie, gdyż o nie przeważnie chodzi; mowie ustnej pęt się nie narzuca w przekonaniu, że i tak z czasem pismo na nią wpływa, jak i na odwrót do niej się stosuje. Dbałości o schludność czy wytworność i o rodzimość szaty językowej i jej kroju nie zaliczymy chyba do niepotrzebnego marnowania czasu i pracy, papieru i druku, dlatego też podjąłem się wywodów poniższych i z tegoż stanowiska proszę o ich ocenę. Chwilę, zdaje się, obrałem najbardziej stosowną: nowym zadaniom, nowemu powołaniu na szerszej widowni ma sprostać język, wolny od zaśmiecenia cudzoziemszczyzną, co go nieraz szpeciła, wolny od nierównomierności w pisowni, co mu chluby nie przynosiła. Przyłożyć się do tego w jakiejkolwiek mierze było zadaniem aż nadto pożądanym.
Jak daleko i to już nieodwrotnie po tej pochyłej drodze zabrnęliśmy, pokaże byle jak sklecone, niemądre zdanie, w którym za to ani jednego polskiego słówka nie umieścimy. Np. „rada zafrasowana poszukuje na gwałt, nie na żarł, bo z musu, malarza i budowniczego, (nie w celach dla sztuki ważnych), aby powetować szkody w rynku, ratuszu i szkole, na jakie para burmistrzująca, niedokształcony murarz i gburowaty blacharz, od dachu, cegieł, komina, rynny i strychu, aż do kuchni i bruku trybem niestosownym gminę wykierowała”. Przecież w cały tym zdaniu, pominąwszy niczego nie dowodzącej spójki, Niemiec na Niemcu siedzi i Niemcem pogania, chociaż tego wcale już nie odczuwamy; trzebaż sobie uprzytomnić należycie, co to znaczy, że obszerne zdanie, o najzwyklejszej treści, składa się z samych obcych, niemieckich słów, których własnymi już nie zastąpimy nigdy. Kto sobie zada nieco trudu („fatygi” po polsku) i na „ambicję” (jak to po polsku?) weźmie, może i z słów łacińskich, co w Europie (nieromańskiej) z obiegu już wyszły zupełnie, podobne uklecić zdanie.
Kiedyż właściwie zaczęła się ta jego [języka] poniewierka? Łączą ją mimowolnie, choć mylnie, ze wszechwładzą łacińską, jakobyśmy dopiero od humanistów i ich szkoły nawykli zachwaszczać język honorami, sentymentami i afektami bez końca. Niestety, łacina napotkała już język nieodporny, bo złe znacznie wcześniej się zaczęło. Dziwnym, ale u nas zwyczajnym niedopatrzeniem zżymała się wprawdzie warstwa rządząca na mieszczaństwo niemieckie, panoszące się po Poznaniach i Krakowach, wydała mu jednak sama język własny na łatwe łupy. Już bowiem w XIV i XV wieku zalała niemczyzna język i niepowrotne wyrządziła w nim straty i ubytki, których dziś już nie naprawimy więcej.
Zrąb słownictwa naszego wynieśliśmy już z wieku XV i do dziś go tak piastujemy: upstrzony w sposób nieludzki. Co innego byłoby, gdybyśmy tylko z nowymi, obcemi rzeczami, urządzeniami itd. nowe, obce ich nazwy przyjmowali. Nie dziwimy się, że np. nazwy kwiatów, warzywa; owoców, wszelkie nazwy kuchenne, od potraw aż do naczynia, zatrzymaliśmy obce, jak je benedyktyn czy cysters dawny, lub inny Niemiec, wprowadził. Więc róża, lilia, ruta, barwinek, mięta, rumianek (nie rumiany przecież, lecz żółty), sałata, piotruszka, chrzan, rzodkiew, cebula, marchew, łuk, kmin, brzoskiew itd.; albo placek, kluski, szpik, smalec, szynka (dawniej i szołdrą przezywana); albo konwie, węborki, panwie, kubki, kubły, beczki, puszki, skopce, kobiałki, skrzynie, króbki itd., to wszystko przybysze, co z przedmiotami samymi u nas nastały, co często i w samem ich źródle, w języku niemieckim, również tylko przybyszami romańskimi przeważnie bywały (np. radix, korzeń, stąd niemieckie rettich, a stąd nasza znowu rzodkiew itp.).
W tych dawnych czasach nikt o to ani pytał, brał żywcem, co pod ręką było, głowy sobie nad tym nie suszył i nie mielibyśmy nikomu za złe, gdyby się na tym złe zakończyło. Ależ tak nie było; miłe złego początki — od tych usprawiedliwionych w znacznej mierze przybyszów padła istna zaraza na cały język, co teraz i bez najmniejszego usprawiedliwia cudzoziemszczyzną i tam się obtykał, gdzie przez to błędu grubego i winy niepoprawnej się dopuszczał. Bo jakież były skutki? Oto miał np. wóz polski (i ma poniekąd nawet na zniemczonym Śląsku po dziś dzień) -oje; wyrzuciliśmy to prastare, piękne słowo i zastąpili brzydką, ale za to niemiecką dyszla, a później jeszcze piękniejszym dyszlem. Po co i na co? I tak ciągle. Los, traf, obszar, plac, kawał itd., rachować, szanować, warować, cofać itd. i niezliczeni inni Niemcy rozpanoszyli się na stałe w języku od wieków średnich i tak zżyliśmy się z nimi, żeśmy zupełnie o ich pochodzeniu obcem zapomnieli. Jaka cena lub zacz stoi, pytał niegdyś prawy Polak, zastąpił to przez co kosztuje już wcześnie; nawet herbowa szlachta, to jest Erb(ge)schlecht, brzydząca się mieszczuchem Niemcem, najspokojniej szyndowała (zamiast rozbijała) po drogach, a gwesiła się (zamiast upewniała) po sądach w wieku XIV, osadzała, jak gburów na swoim gbicie, tak niemczyznę w swoim słowniku. Jak pozapominaliśmy o właściwym wielu słów naszych rodowodzie i jakie o tym wszystkim panują u nas wyobrażenia, pouczy zdanie, wyczytane w piśmie, językowi poświęconym wyłącznie, o tej samej rzeczy: „Niewątpliwie wyrazy takie, jak: butersznyt, banhof, żurnal, ankieta, dżentelmen itp., nie powinny się znajdować w języku, mającym: bułkę z szynką, dworzec kolejowy, dziennik, zebranie, szlachcica itp., ale trudno usunąć: lampę, kałamarz, papier, bibułę, komodę, szafę, fotel, a nawet telegram lub kopertę, bo to są okazy i dowody cywilizacyi tak z naszym życiem zrosłe, że ich usunięcie lub zastąpienie choćby nawet szczęśliwymi nowotworami zburzyłoby nam świat istniejący i stworzyło coś obcego i niemiłego”.
Nie myślimy kreślić całego, aż nadto smutnego obrazu włamywania się do nas słów obcych; przemilczymy, jak się po niemczyźnie i łacinie, po węgierszczyźnie i włoszczyźnie, francuszczyzna przysłużyła, od filutów, kajetów i fuzyi począwszy. Milczymy dalej o roli braci słowiańskiej, jak to niegdyś od Czechów, później od Rusi łataliśmy język najniepotrzebniej w świecie; ci przybysze zazwyczaj nie noszą piętna obczyzny na czole, jak tamci, chociaż i między nimi nie brak takich, co się z językiem kłócą, np. sobory zamiast zborów, a sojusze zamiast zwięzów, albo wszelkie słowa z ruskim, niepolskim -ere, -owe: czereśnie, czeremchy, czeredy, nadwerężenia; czerepy, zamiast: trześni; trzemchy, trzody, trzopu itd. Milczeniem pomijamy i słowa polskie, co pod obcym, znowu przeważnie niemieckim wpływem nowego, niepolskiego nabrały znaczenia, np. zamek albo pokój, co od komnaty albo izby tylko pozornie odbiegły, bo takie nowe znaczenie, zamiast jedynie uprawnionego zamknięcia albo spokoju, nadaliśmy im przykładem niemieckim; tak samo miasto, sklep, zagajenie (wieca) itp. do słowiańskiego znaczenia: miejsca, sklepienia-piwnicy, gajenia (drzewami), całkiem inne, niemieckie znaczenie wniosły.
Wmówiliśmy w siebie, że nowotwory szpecą język, więc niech go raczej słowa obce szpecą. Ależ język zawsze stał nowotworami; każdego słowa ktoś kiedyś po raz pierwszy użył. Więc wystrzegamy się chyba nowych nowotworów, zakreśliwszy językowi granice, jakby był martwy, gdy on z żywymi naprzód kroczyć winien? Dziś, gdyśmy do parasola i parasolki i do tylu innych przybłędów nawykli, ośmieszamy tych, coby nieproszonych gości wyprosić chcieli, jak gdyby nie należało się wyrzec raz na zawsze wszelkich podobnych „okazów i dowodów cywilizacji” (?). Kłócono się niedawno temu namiętnie o werbunki dla legionów; czyż te zastępy niegodne zaciągów? Szpicę wprowadzono nie od dziś, istniała już w wieku XV., jak i hetman (Hauptmann) i późniejsi obersztery (zawsze tak w w. XVII) itd.; dziś szpicę odnowiono umyślnie, dlatego, że w pierwotnych legionach tak mawiano; ale czyż mamy właśnie ich grzechy językowe naśladować?
Każdej nowince, wynalazkowi itd. winna towarzyszyć nazwa polska. Gdybyśmy tej słusznej zasady przestrzegali, nie kłopotalibyśmy teraz głowy parasolami, kałamarzami; butersznytami. Druga równie słuszna: nie należy poświęcać rodaka obcemu. Trzecia: nigdy nie powinien nowotwór razić poczucia językowego. Przeciw tym zasadom, najpierwotniejszym, grzeszymy stale. Nie znosi np. język złożeń wygodnych, niemieckich, dwu rzeczowników, więc parostatek nie jest słowem polskiem, boć to dosłownie Dampfschiff, co lud krótko nazywa (jak np. na Śląsku bana, z Eisenbahn ogólna) szyfą, gdy polska dlań nazwa: parowiec, urobiona od przymiotnika parowy. Więc deszczochron był nie polski; należał się nam jakiś deszczowiec lub coś w tym rodzaju, słonkowiec od słońca, bo słonecznika używaliśmy już w innym znaczeniu, podobnie by słomkowiec kapelusz słomkowy wyrażał. Wedle wzorów jak gajowy można zamiast niepolskiego listonosza, co tylko brieftragera przekabacił, użyć wyrazu listowy, dziś i listowa, podczas gdy obok motorowego, motorka wystarcza. Że listonosz nie Polak, dowiedzie nam już to, że nie możemy w podobny sposób np. wodonosza obzywać, co może być tylko wodziarzem lub wodnikiem, a bywa i woziwodą wedle ulubionego u nas składania słów z czasownikiem, niby z rozkaźnikiem, jak: liczykrupa, wędzikaleta, rzezimieszek, gryzipiórko, waligóra itp. Oprócz nich górują u nas złożenia przymiotnikowe, np. ciemnozielony, rudobrody, dwulicowy, obojętny, widnokrąg, wielkolud itp.; ależ wszelkie inne złożenia raczej już do wyjątków należą i nie należy ich zbyt pomnażać. Więc zamiast mrówkojada mrówczarz zupełnieby wystarczył. Mamy wprawdzie listopad, bo liścień (wedle wrzesień lub kwiecień) za małoby mówił; zamiast wodospadu mieliśmy dawniej jedno słowo, zapomniane zupełnie.
Można wprawdzie i inaczej na tę cudzoziemszczyznę się zapatrywać; kto wady i ułomności we cnoty przeobraża, upatrzy łatwo w przyswajaniu i przetrawianiu tylu obcych żywiołów, jakiego nasz język dokonał, oznakę jego siły i żywotności; powoła może nawet na przykład angielszczyznę, co z podkładu niemieckiego, saskiego, zalana francuszczyzną doszczętnie, omal przez nią zagłuszona, w język światowy urosła. Wobec takiej przechwałki nie wadziłoby zaznaczyć, że moc niemczyzny w języku, naruszając jego znamiona słowiańskie, bynajmniej mu znaczenia ogólnoludzkiego nie przysporzyła; że to słabość tylko, której ulega z dziwną łatwością każde plemię słowiańskie, podatne na wszystko co obce.
Proza bułgarska, nowela ukraińska trącą tak silnie rosyjskim zapachem, że mimowoli je czytasz jako dosłowny przekład, że wydają się nie rzeczą samoistną, lecz raczej przelewem na gwarę. Naszego języka przeciwnie z żadnym innym nie pomieszasz; nigdy samoistności jego nic nie zagrażało i wpływy obce tylko powierzchni dotykały, w głąb nie szły; na tej to odrębności urosło piśmiennictwo dawne i nowe i nic jej nie podważyło. Tej siły pewni i świadomi możemy z większym spokojem owo wdzieranie się i ścieranie cudzoziemszczyzny przeglądać.
Nie myślimy też wcale wojny jej wypowiadać. W czasach, gdy opadają przegrody, dzielące dotąd ludy, gdy najruchliwsza wymiana myśli, towarów, ludzi cały świat ogarnęła, nie miejsce na trwożliwe zaskorupianie się w własnym narzeczu i nie boimy się nazywać obcych i nowych rzeczy obcą i nową ich nazwą, nie żachamy się przed telegrafem czy telefonem, przed torpedą czy balonem, przed patentem czy ankietą, nie myślimy ich spolszczać na gwałt; to są wyrazy ogólnie przyjęte, w każdym języku od Grenlandii do Tasmanii. Przychodzi to tym łatwiej, że dla oznaczania tych nowych rzeczy, nie ubliżając żadnemu językowi żywemu, używa się giętkiego, choć martwego języka Homera i Pindara. Ale i łaciny poświęcać nie myślimy, instynktu czy nerwu przed każdem spolszczeniem obronimy.
I tak było zawsze; z nową, obcą rzeczą rozpowszechniała się po całej Europie nowa obca nazwa. Więc słusznie przezywamy wszelkie nowe dla nas rośliny, owoce, wyroby, od jedwabiu i papieru do perkalu i kauczuku obcemi słowami, najczęściej po całej Europie obiegającemu Ale najniesłuszniej w świecie przejęliśmy atrament, kałamarz, scyzoryk; lusterko, bibułę (czy dla dowcipu, u nas możliwego: odsuń się ode mnie, bo ja bibuła, a ty Żyd?) i setki innych; jak ołówek Bleistiit tłumaczy a leniuszek Faulenzer (podkładka liniowana), tak samo należało się tłumaczenie i owym łacinnikom; dlaczego koperta zamiast obłożki albo fotel ma być „dowodem cywilizacji” (chyba niedołęstwa), którego naruszać nie wolno, nie rozumiemy.
Mimo wszelakich zastrzeżeń każdy krok na tym polu, co słusznej miary nie przekracza, powitamy radośnie, jako oznakę, że zastanawiają się ludzie nad językiem, że nie poddają się ślepo nałogowi, bardzo wygodnemu, ale i szpetnemu zarazem. Nie naruszymy przenigdy słownictwa naukowego, zawodowego, w umiejętnościach czy w rzemiośle, ale po cóż mówić o gazetach, kiedyż mamy dzienniki; o administracyi, kiedy jest zarząd, o inseratach czy anonsach, kiedy są ogłoszenia? Wypowiadając, bynajmniej nie pierwsi ani ostatni, walkę cudzoziemszczyźnie, wiemy dobrze, że i najlepszą myśl ośmieszyć można, również jak i to, że każdy początek trudny; ależ nie należy się dawać odstraszać jednem czy drugiem; szczególniej o nic łatwiej, niż o kpiny; komu jednak cel dobry przyświeca, o nie ani pyta; obyśmy tylko chcieli chcieć.
wybór fragmentów UD, całość: Internet Archive

0 komentarze:
Prześlij komentarz